Spotykam się codziennie ze zmarłymi
Dotykam ich myśli delikatnie oczyma
Sunąc po czarnych ułożonych przez nich
Literach na gładkim kawałku papieru
Czerpię radość z obcowania z ich stołem
Kubkiem w maskonury – świadków wojaży
opowiadanych mi przez pamięć zachowującą nawet
Śmiech, którym nieboszczyk zanosił się wtedy
Ich doświadczenie krąży w moich żyłach
Wyssałam je z mlekiem, do ostatniej boleści
Noszę się prosto, zakazują mi się garbić
A brzemię moje słodkogorzkie jest
I w sumie najbezpieczniej czuję się,
Kiedy nie ma przy mnie żywych.
Mogę wtedy czytać księgi umarłych,
Ich całuny, one szczęśliwie mają epilog,
A życie wydaje się takie bezkresne
Jak bez dna, nie sięgam w każdym razie
do jego sedna i to mnie straszy.
Dobrze, że posłali mi całun na życie.